Nicholas Cage. Aktor utalentowany , charyzmatyczny i wszechstronny , często grający ludzi wewnętrznie rozdartych , choć nie wyobrazam go sobie w filmach np. historycznych , bo to tak jakby wsadzić w zbroję Dustina Hoffmana.
Niewątpliwie bożyszcze kobiet co po wielokroć słyszałem od moich znajomych płci odmiennej.
Pamiętamy go z wielu doskonałych ról w takich filmach jak : “Dzikość serca” , “Zostawić Las Vegas” , “Naciągacze” , “Pan życia i śmierci” , “Adaptacja” i wiele , wiele innych. Niedawno mogliśmy go widzieć w filmie “Next” i o tym właśnie hmmm…dziełku chciałbym Wam troszeczkę opowiedzieć. A więc do dziełka.
Cris Johnson ( Cage ) to pozornie niczym nie wyróżniający się mieszkaniec Las Vegas. W jednym z kasyn prowadzi pokazy sztuczek magicznych i od czasu do czasu grywa w ruletkę zgarniając niewielkie sumy. Cris ma też swoją małą tajemnicę. Potrafi spojrzeć 2 min. we własną przyszłość.
Agentka FBI Callice Ferris ( Julianne More ) odkrywa jego sekret i chce by pomógł jej ująć terrorystów planujących podłożyć bombę gdzieś na terenie Stanów Zjednoczonych. Tylko jak ująć człowieka , który zna swoją przyszłość i jedyne czego pragnie to święty spokój…?
“Next” można obejrzeć. I tylko to. Nie zastanawieć się nad sensem a tym bardziej logiką , bo się fałdy na mózgu poprostują z wysiłku. Odniosłem wrażenie, że scenarzyście poprostu zabrakło pomysłu. A jak nie ma pomysłu to co jest ? Terroryści z bombą czyli stara , dobra amerykańska paranoja kitowana ostatnio do prawie każdej produkcji zza oceanu.
I takie właśnie rzeczy zabijają w “Next” przygodę i dobrą zabawę. Człowiek idzie do kina aby się rozerwać , a w zamian otrzymuje płytki filmik ślicznie okraszony propagandą i hasłami w stylu “Obywatelu żyj w ciągłym strachu , mamy wojnę z terrorem” które może nie bezpośrednio lecz jednak krzyczą do nas z ekranu.
“Next” jest adaptacją opowiadanie Philipa K. Dicka “Złoty człowiek”, i to cholernie luźną adaptacją co też mnie wkurzyło. Zresztą Mistrz jakoś nie ma szczęścia do wielkiego ekranu. Spośród wielu filmów kręconych na podstawie jego powieści i opowiadań bez obrzydzenia da się oglądać jedynie “Przez ciemne zwierciadło” , “Raport mniejszości” i “Zapłatę” , zaś prawdziwą gwiazdą na firnamencie jest “Łowca androidów”, który dzielnie stoi na straży nie tylko pisarstwa Dick’a ale także całej kinematografii SF. Mam nadzieję, że dożyję dnia a w którym powstanie równie dobry film , choć po “Next” perspektywy są nieciekawe. Cóż, będę czekał…
S.

NEXT
wrzesień 15, 2007
Messengers
wrzesień 14, 2007Wczoraj, dzięki uprzejmości Ani i Doroty (dzięki!), weszliśmy na pokaz przedremierowy filmu “Messengers”. Przed salą kinową stał stary niemiecki projektor filmowy – taki ogromny, (chyba) opalany węglem – miał kominek u góry, czarny, na wielkie szpule taśm. Ładnie oświetlony idealnie nadawał się na fotkę z telefonu. A skoro mam fotkę, do dobrze ją gdzieś umieścić. A gdzie ją umieścić? I tu pomysł napisania Pierwszej Mojej Recenzji.

Dalej będzie sztampowo: o czym film (Powiniem najpierw napisać parę słów o reżyserze czy aktorach, ale to dla mnie tak mało ważne, że nawet nie wiem kto grał, kto za kamerą stał itp. Powiem tylko, że twarze paru aktorów wydały mi się znane.), co było tak, co było nie tak i podam liczbę gwiazdek.
Film to horror, a skoro tak, to nie ma większego sensu. Historia jest prosta – do opuszczonego domku gdzieś na bezludziu Ameryki wprowadza się rodzina uciekająca z miasta. Dom straszy i to straszy okrutnie – od pierwszych chwil aż do zwrotu-akcji-w-której-straszyć-przestaje. Czytając krótką notkę, którą znalazłem na zaproszeniu, myślałem, że będzie to coś na kształt “Lśnienie” – ale nie-nie.
Sceny grozy, których w filmie nadto, są budowane głównie na zasadzie zaskakujących momentów – cicho spokojnie, AŻ TU NAGLE! Razem z salą podrygiwałem – więc to się udało. Są też wykorzystane tricki z japońskich horrorów – postacie na ścianach, włosy w podłodze itp.
O, historia jest, zarys jest, to teraz minusy, plusy i możliwe scenariusze.
- Banalne dialogi.
* Tutaj chciałem wpisać “banalny sposób rozegrania akcji” – ale każdy horror, a już chyba w szczególności japońskie “arcydzieła” są bez sensu, więc nie jest to in minus.
- S, który w kinie siedział obok, sapał się i wiercił – widać było, że film… no… nie robił na nim dobrego wrażenia. Więc z S. nie ma co na niego iść!
+ Jest straszno. Wyskakujące z nienacka strachy przyspieszają bicie serca.
+ Ładne ujęcia – akcja rozgrywa się na bezludziu, jest słoneczne lato, wokół domu (urokliwego i ciepłego) są ogromne pola słoneczników, nad nimi niebieskie niebo, a w oddali pokryte jasną zielenią wzgórza – jest pięknie. Chciałbym zobaczyć to miejsce na własne oczy.
+ Gdy oglądałem japońskie horrory u S. i gdy potem wracałem nocą do domu przez ciemny, cichy las – bałem się. po tym filmie, po jego zakończeniu – nic z tych rzeczy. kończy się tak, że uznać go można na dobry horror na niedzielne popołudnie.
* Jeśli oglądałbym film samemu w nocy, w pustym domu, to powiedzieć “czułbym się nie swojo” byłoby zupełnie nie na miejcu. Pasowałoby raczej “z trwogą rozglądałbym się po ciemnych pokojach, a po godzinie wyłączyłbym go ze strachu”.
* Jeśli oglądałbym film z S. w domu (co uwielbiam robić) to powiedzielibyśmy trafne “ojezu!”.

Jak przypomnę sobie te dialogi… Np. do rodziny dołącza pomocnik - rzecz dzieje się na farmie, bohater potrzebuje pomocy. Nagle pojawia się wędrowiec, worek na plecach, karabin w dłoni.
- Jak się tu znalazłeś? (wokół pustkowie)
- Przechodziłem szukając pracy.
- Potrzebuję pomocnika, ale nie mam jak zapłacić.
- Nie ma problemu. Zostanę z wami.
M.

Kałuże
wrzesień 13, 2007Sie pytają jak było na Mazurach?
Fajnie ![]()
To znaczy jak?
Hmmm…
Chciałam napisac o Mazurach coś ładnego, coś mądrego wtracić, o jakiś ciekawy epizod zahaczyć. Podać na tacy Mazury na ostro, złośliwym pazurem porysować rzeczywistość z powodu, niestety, nieustannych porównań do morza…
Ale!
Nie swędzi mnie język, żaden kompleks morski nie kusi, nie muszę niczego z siebie wyrzucać, nie chce mi sie nawet ruszyć palcem by stuknąć w klawiaturę. Wspomnienia wyciągnęły się wygodnie w mojej głowie jak ciepły dobry obiad w pustym brzuchu i nie puszczają pary z ust. Leżą na półce w pamięci dokładnie obok sielskich wakacji naście lat temu na Mazowszu, kiedy jeziora zastępowały nam w wyobraźni czarne kałuże pełne ziemi i błota. W Zełwągach zarosły trzcinami, liliami, wysepkami i pomostami, gdzie małe-dorosłe dzieci pływały, skakały, łowiły złote rybki, jeździły na rowerze, strzelały do puszek po piwie i fotki strachom na wróble też.
Morze jest inne. Tu nic się nie burzyło, nie biły fale, nie było plaży i muszelek, samotnych spacerów wzdłuż i kąpieli przy brzegu. Żadnych myśli, roztrząsań, przemyśleń i zadumań, poematów i rozterek nad pięknem i sensem wszechbytu i nicości. Za dużo życia czaiło się wokół by móc, i żeby się chciało oddawać kontemplacjom. Przykuwały uwagę małe, brzydkie kaczątka z rodzicami- postrach kajakarzy, duże rybki, co po rozcięciu brzucha miały w sobie mniejsze rybki, łódki, samotne pomosty-idealne na poranną kawę- i grill, i kiszka ziemniaczana, i Polacy, i Niemcy, i Specjalne piwo, i Słonina (taki bardzo miły pieseczek), i komary, i rowery, jachty w Mikołajkach, i zachody i wschody słońca, i gloniastą zieleń, przez którą nic nie było widać na zdjęciach, i burze, i zamrażanie ryb w pokrzywy i śpiwór… Jednym słowem- mnóstwo wrażeń i świętego spokoju. Ach! i jeszcze coś, co zafascynowało mnie na Kałużach. Polskie nazwy miejscowości- albo jakoś nielogicznie trudne do wymówienia, jak np Zełwągi, albo bardzo urokliwe, pół żartem pół serio jak np Śmietki, Babięta, Kokoszki i Zgon.
Jak było?
Fajnie ![]()
A.
